poniedziałek, 1 grudnia 2014

SŁODYCZE ISTNIEJĄ I SĄ PYSZNE! I można z nimi schudnąć!

Moja chcąca zeszczupleć znajoma (sama-wszystko-wiem-nikt-nie-będzie-mnie-odchudzał) zrobiła sobie na śniadanie baaardzo odchudzający omlet z samych białek. Potem cały dzień spędziła dietetycznie-ascetycznie, była z siebie bardzo dumna. Wieczorem, kiedy po stresującym dniu w pracy wróciła do domu, była tak umęczona i spięta, że na pocieszenie ukręciła sobie z pozostałych z porannego omletu żółtek kogel-mogel z 9 łyżeczkami cukru. Poprawiła ciasteczkiem. I zadzwoniła do mnie…
Znasz to? To taki klasyk dietowania, wyśmiany już w niezliczonych dowcipach: dziewczyna odmawiająca na przyjęciu małego ciasteczka, a potem pożerająca w amoku cały tort. Samo życie! Po co przypominam te mroczne czasy? Po to, by jeszcze raz wrócić do zagadnienia, jak bardzo potrzebne jest w naszym jadłospisie MałeCoNieco. Czyli to, co jest zakazane w niemal każdej diecie.

Nasi Klubowicze określają to jasno: Dieta jest na chwilę, Metoda na całe życie.

Dzięki Metodzie czujesz się człowiekiem, który po prostu pewne ważne rzeczy – odżywianie – zaczął robić w inny, zdrowszy sposób. A nie cyborgiem, który dla osiągnięcia doraźnego celu decyduje się na niewygodne, wręcz dokuczliwe restrykcje i całą psychiczną siłę koncentruje na tym, żeby nie spękać i okazać się godnym postawionych sobie wyzwań (czy raczej: wyrzeczeń). Przez ten ograniczony, zadaniowy czas całe życie kręci się zazwyczaj wokół odchudzania, bo na inne sprawy po prostu już nie ma poweru. Chciałabyś tak żyć już na zawsze? Ja na pewno nie. I chyba wszystkie osoby, które znam, też nie. Ale zarazem nie chcę, żeby w moje życie znów powrócił żywieniowo-emocjonalny chaos, spirala nieokiełznanych pragnień, wyrzutów sumienia, przybywających kilogramów… To, jak się okazało,  jest możliwe i osiągalne, ale na pewno nie w sytuacji, kiedy będę ignorowała pewne oczywistości.

Na przykład takie, że SŁODYCZE ISTNIEJĄ I SĄ PYSZNE. Że istnieje alkohol i czasami spełnia bardzo pożyteczną rolę, ubarwia życie. Że ludzie naokoło, także moi bliscy, jedzą wspaniałe tuczące dania mięsne, rybne, mączne – i że ja też czasami na takie mam ochotę. Że jestem człowiekiem, który ma prawo do lepszej i gorszej formy, lepszych i gorszych dni, do odnoszenia zwycięstw i ponoszenia porażek. Nie będę udawać, że nie ma rzeczy, które niekoniecznie służą mojej szczupłej sylwetce. One są i są dostępne także dla mnie. Wystarczy, że umiejętnie wpasuję je w całość, w swoje codzienne, normalne życie, wśród ludzi, których znam, a nie na Księżycu.

W Metodzie Równowagi uwzględniamy realia i to, kim jesteśmy. I to dlatego nie ma zakazów – większość z nas na zakazy reaguje natychmiastową wewnętrzną kontrą, świadomą lub podświadomą. Albo jawnie się wkurzamy i mamy ochotę zbuntować, albo, pozornie godząc się z ograniczeniem, natychmiast zaczynamy intensywnie pragnąć zakazanego owocu.  Nikt nie chce żyć ze świadomością, że już NIGDY nie zje ulubionego tortu czy śledzia w oleju. Że mu tego NIE WOLNO. W Metodzie jak najbardziej wolno! Co więcej, nawet trzeba! Grupa MCN jest tak samo ważna jak DW, to bardzo istotne, aby jej nie ignorować, żeby po prostu sobie dogadzać. Nie udawajmy, że nie trzeba nas czasami porozpieszczać. Trzeba, jak każdego człowieka. W dziedzinie jedzenia właśnie po to mamy MCN, które z biologicznego punktu widzenia jest nam najzupełniej zbędne. Ale nie z psychicznego. A człowiek, jak wiadomo, to istota nie tylko fizyczna. Żeby pogodzić ukochane tuczące frykasy z nie mniej ukochaną szczupłą figurą (i kochanym zdrowiem), wystarczy tylko to uporządkować.

Nasi klubowicze, którzy już schudli, co nie umknęło uwagi otoczenia (ach, jakie to miłe…) czasami się złoszczą, kiedy ktoś im wmawia, że są na diecie. Albo kiedy ktoś ich widzi z czekoladą lub kawałkiem tortu i jest baaardzo zdziwiony: to ty jesz TAKIE rzeczy? Może inni chcieliby, żeby taka osoba jakoś się umartwiała, „płacąc cenę” za nowy świetny wygląd. A tu nic z tego! Co mówią klubowicze?.

„To wspaniała metoda odżywiania, na którą przestawiłam całą rodzinę. Wszystko im bardzo smakuje, żadnej dietetycznej tektury do jedzenia.”

„Metoda to po prostu zastanawianie się nad tym, co jem. Co wybieram, mając świadomość, jak to na mnie zadziała. Żadna dieta! Mogę wszystko, tylko czy na pewno chcę?”

„Szukałem właśnie takiej zmiany, na całe życie, czyli nie rewolucji, a łagodnego, przewartościowania, bez wstrząsów i inwazyjnych działań”.

„Dieta to: zakazy-nakazy-liczenie-jo jo. Metoda to tylko zastąpienie jednych nawyków innymi i trochę samoświadomości. I działa! Chudnę! Mając zawsze dużo na talerzu.”

„Metoda nauczyła mnie układać w głowie mój jadłospis, trochę rozważać zamiast szaleć, ale nie ograniczać się i cierpieć.” 

„…Oczywiście, że jem ciacho, oczywiście, że pijam alkohol – udawanie, że nie mam na to ochoty nie byłoby w Równowadze.”

Tylko skąd wiedzieć, ile słodkości czy alkoholu to jeszcze w Równowadze, a  ile to już niekoniecznie? To wszystko znajdziecie w Podręczniku Metody Równowagi Metabolicznej.

http://www.klubrownowagi.pl/nasze-ksiazki
 

2 komentarze:

  1. Mój kolega dietuje regularnie cokilka miesięcy, ma już doświadczenie. Zawsze nas ostrzega: uwaga, od jutra jestem na diecie, przez tydzień będę wściekły, przez 4 dni bardzo głodny, potem żołądek mi się kurczy...

    OdpowiedzUsuń
  2. ha ha, to ja mogę być tym kolegą, też tak mam, uprzedzam rodzinę - od jutra dieta, nie denerwować mnie... ale ostatnio już tak nie robię

    OdpowiedzUsuń