sobota, 1 listopada 2014

Otyłość to nowe palenie* (tytoniu, oczywiście)

Do tej pory zajmowałam się w tym miejscu nadwagą i otyłością w niejako prywatnym, indywidualnym wymiarze. Dla każdego z osobna stanowią one pewien osobisty problem, mniej lub bardziej ważny i w różny sposób wpływający na nasze życie. I w tym prywatnym, indywidualnym wymiarze każdy z nas może coś z tym problemem zrobić. Klub Równowagi i Metoda są po prostu sposobami pomocy – w moim odczuciu bardzo skutecznymi – poradzenia sobie z tym zagadnieniem. Szkoda trochę – tak czasem myślę – że ważne miejsce w poradach i wskazówkach, jakich w dobrej wierze udzielam, jest spryt typu: „nie daj się oszukać etykietkom”, „nie wierz bezkrytycznie w reklamy”, „pamiętaj, że jednak TO tuczy, TO nie jest zdrowe, a TO wręcz szkodliwe, wbrew temu, co nam się wmawia”  itp. Tak jakbyśmy toczyli jakąś walkę o przetrwanie w obronie naszego zdrowia i szczupłej sylwetki. Niestety, tak to trochę wygląda. 

A najważniejsze jest to, że ta walka przybrała już dawno nie tylko indywidualny, ale wręcz globalny charakter. Osobiście czuję się trochę głupio, mając świadomość, że moje osobiste perypetie z moim własnym ciałem są uwarunkowane tym, co czyni jakiś jeden czy drugi koncern. I jakkolwiek mogę mieć poczucie, że wiem swoje i jestem na te koncerny odporna, to i tak po chwili refleksji wiem, że tak nie jest. Nie robię zakupów tylko na ryneczku, nie mam warzywniaka i kompostowni w ogrodzie. Żyję jak przeciętna Polka. I koncerny wpływają na mnie, jak na przeciętną Polkę. Chcecie przykład? Proszę bardzo. Jak może część z Was już wie, mam 2 dzieci w wieku szkolnym. Niedawno bliska mi osoba płci żeńskiej stwierdziła, że jak to ja mogę nie mieć w domu Nutelli, skoro mam dzieci, przecież WSZYSTKIE dzieci jedzą Nutellę. A ja w pierwszym odruchu zaczęłam się bronić, ale gdzieś w głębi ducha zaczęłam się zastanawiać, czy czasem nie odbieram moim dzieciom szczęśliwego dzieciństwa. Po chwili ogarnęłam się, daj spokój, przecież to jakaś bzdura. Moje dzieci SĄ szczęśliwe BEZ Nutelli. Ale sami widzicie, wpływ jest. I nie zawsze dam radę się ogarnąć i tupnąć nogą. Czasem niepostrzeżenie te koncerny też mną trochę porządzą. A wiem, że na kwestie odżywiania poświęcam zdecydowanie więcej niż przeciętna osoba. Co zatem taka przeciętna osoba ma zrobić? W wielu wypadkach niestety to, co zrobi, to przytyje…

I dlatego właśnie Twoja waga, czy nadwaga nie jest tylko Twoją sprawą. To już JEST sprawa społeczna. 

„Otyłość w społeczeństwie jest bardziej niebezpieczna  dla naszej ekonomii niż kiedyś było palenie tytoniu” – alarmują ekonomiści m.in. w Wielkiej Brytanii. Celowo używam przykładu z bliskiego nam, europejskiego podwórka, aby wskazać, że nie jest to tylko problem dalekiej Ameryki. Na alarm bije i brytyjski NHS (National Health Service, w dużym uproszczeniu odpowiednik naszego NFZ) i NICE (National Institute for Health and Care Excellence). Obie instytucje widzą konieczność natychmiastowych zintegrowanych działań na rzecz zapobiegania nadwadze i otyłości, bo inaczej w ciągu najbliższych 2 – 3 dziesięcioleci otyłość dorowadzi do kompletnej ruiny cały dotowany z podatków system opieki zdrowotnej tego kraju.

Dlaczego otyłość ma być gorsza od palenia? Z kilku względów. Po pierwsze jej ekonomiczne skutki już dziś przewyższają nakłady na leczenie tzw. chorób odtytoniowych. Po drugie, mechanizm narastania tego zjawiska jest o wiele bardziej złożony niż w przypadku nałogu palenia. O ile bezsprzeczne jest, że nie istnieje zdrowe palenie tytoniu, o tyle z całą pewnością nie można tego powiedzieć o jedzeniu. Po pierwsze – JEST zdrowe jedzenie, a po drugie i rozstrzygające – jedzenie jest nam niezbędne do życia. Dlatego nie możemy sobie powiedzeć: odstaw jedzenie, będziesz zdrowszy. Do tej pory przemysł był w kontekście zwalczania otyłości postrzegany raczej jako problem, a nie część jego rozwiązania. I to chyba jest błąd. Kampanie służby zdrowia i społecznościowe sobie, a przemysł spożywczy ze swoją reklamą, promocjami, tanimi produktami i pokusą na wyciągnięcie ręki i tak był zawsze bliżej konsumenta. Dlatego dziś prawdziwy rozmiar zagrożenia ze strony otyłości i niezdrowego jedzenia jest zanany tylko ekonomistom, lekarzom i garstce zapaleńców zajmujących się zdrowym odżywianiem. Większość z nas po prostu nie zdaje sobie sprawy, co robimy sami sobie, naszym dzieciom i wnukom. W najlepszym razie pozbawiamy przyszłe pokolenia dostępu do bezpłatnej służby zdrowia, bo ta zbankrutuje, lecząc następstwa otyłości, a w najgorszym – fundujemy im dodatkowo ciężkie choroby, utrwalając złe nawyki żywieniowe. 

Co my możemy zrobić? Potrzebne jest bardzo szeroko zakrojone w pierwszej kolejności uświadomienie zagrożenia, a zaraz potem „nauczenie”  zdrowego odżywiania i zdrowych zachowań. Także naszych postaw. Działalność Klubu Równowagi jak najbardziej wpisuje się w ten nurt, choć Klub nie powstał w ramach jakiegoś programu, a inicjatywa była całkowicie „oddolna”.  Dlatego, z powodu właśnie globalnego charakteru tego problemu, marzy mi się „Klub na receptę”. Coś takiego funkcjonuje w Wielkiej Brytanii. Idziesz do lekarza pierwszego kontaktu i zamiast świętego „proszę schudnąć” dostajesz spotkania w Klubie właśnie na receptę. Ale do tego daleka droga. Brak mi po prostu znajomości w NFZ-cie czy w Ministerstwie Zdrowia. Ale może któryś z czytelników podzieli moją pasję i pomoże? :-)

Co myślicie o pomyśle „Klubu na receptę”?

*Tytuł dzisiejszego postu to cytat z niedawnej  wypowiedzi Simona Stevensa, szefa brytyjskiego NHS. Zainspirowały mnie też wypowiedzi prof. Mike’a Kelly’ego z NICE,  który będzie głównym mówcą na konferencji poświęconej zdrowiu publicznemu organizowanej przez brytyjską administrację 5 listopada br. A już na 8 grudnia jest zapowiadana kolejna konferencja poświęcona tylko otyłości. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz