wtorek, 14 października 2014

Kilka najbardziej niezdrowych „zdrowych” produktów

Wnikliwi krytycy rynku spożywczego i fani zrównoważonego odżywiania uwielbiają takie akcje – wyszukują jawne łgarstwa, utrwalane wśród klientów za pomocą reklam i kampanii promocyjnych. Twierdzą oni, że w stosunku do każdego rodzaju żywności można wystosować odważne oświadczenia o ich prozdrowotnych właściwościach. Głównie przez brak spektakularnych dowodów na niesłuszność tych oświadczeń. Ale takie dowody są, trudniej im się tylko przebić – są dostępne głównie na łamach fachowych periodyków lekarskich, dietetycznych, naukowych. Producenci i marketingowcy wiedzą jednak, że można o zdrowej żywności wylansować każdą bzdurę. Wystarczy bazować na funkcjonujących stereotypach.

Jeżeli chcemy żyć i odżywiać się w Równowadze, trochę takiej krytycznej wiedzy nam się przyda. Najciekawszy przykład to brązowy chleb. Właśnie, nie razowy, a brązowy.


No to odbrązawiamy.


•    Razowe pieczywo. Na pewno lepsze i zdrowsze niż białe. Ale czy przez to niezaprzeczalnie zdrowe? Takie naprawdę razowe, z mąki z pełnego przemiału, najlepeij żytnie i na zakwasie - to prawdziwe ZdroweEXTRA. Ale chlebek najczęściej kupowany jako razowy jest po prostu podbarwiony karmelem albo słodem i dzięki temu brązowy. Nie ma to nic wspólnego z jego "razowością". Też często obok zakwasu i tak są dodane drożdże, czyli nie taki on na zakwasie. Jak się ustrzec przed tymi oszustwami? Po rozkrojeniu obejrzyj chleb. Prawdziwy na razowy zakwasie będzie lekko kleisty, ciężki, i będzie gołym okiem widać kawałki łupinek ziarna. Nie będzie też jednolicie brązowy, tylko niejako brązowy, ale kolorowy. Na początku postu pokazuję obok świetny przykład chlebka bardzo brązowego, ale całkowicie "pokolorowanego". Takie coś nie ma sensu i tylko zaburza nasze poczucie zdrowego odżywiania i dbania o siebie. Prawdziwy chleb razowy na zakwasie wygląda bardziej tak:


•    Soki owocowe. Sporo już o nich pisałam (post z 22 kwietnia), więc teraz tylko przypomnę: po pierwsze – produkty, które kupujemy w sklepach pod nazwą soków owocowych to w głównej mierze ciecze pełne cukru, sztucznych słodzików, sztucznych barwników i konserwantów. Czasami cukru jest tak dużo, że rzeczywiście mogą być „bez konserwantów”, takiego zasłodzenia prawie nic nie ruszy! Po drugie – nawet jeśli pijemy soki świeżo wyciskane i bez żadnych dodatków – pozbawiamy owoce bardzo cennego składnika – błonnika oraz sporej części składników mineralnych, które wraz z tym błonnikiem oddzielamy. Pozostaje sporo fruktozy, która pozbawiona zdrowych dodatków może sobie w naszym organizmie poszaleć. Poza tym odpada nam chrupkanie i żucie, tak ważne dla procesu poczucia sytości.

•    Nektar z agawy. Niemal obowiązkowy element każdego stoiska z tzw. zdrową żywnością. To prawda, że ma niski indeks glikemiczny, tyle że szkodliwość zawartego w nim cukru (mnóstwo fruktozy) nie ma nic wspólnego z IG. Syrop z agawy ma prostego, czyli tzw. szybkiego cukru wręcz nienaturalnie dużo (a produkt, a jakże, w 100% naturalny), bo ponad 90%, podczas gdy normalny cukier około 50%. Taka bomba fruktozowa prowadzi do stłuszczenia wątroby równie szybko i skutecznie jak poważne nadużywanie alkoholu. Prowadzi też do zaburzeń metabolicznych, takich jak  insulinooporność, zaburzenia hormonalne, a w konsekwencji do otyłości i cukrzycy. 

•    Napoje sportowe, izotoniczne.
Sport to zdrowie – to błyskawiczne, zakodowane mocno w naszej świadomości skojarzenie. A więc wszystko co sportowe także na pewno jest zdrowe. Napoje dla sportowców zostały zaprojektowane dla osób, które właśnie skończyły intensywny trening i potrzebują szybkiego uzupełnienia utraconych wraz z potem elektrolitów, wody oraz szybkiej energii, czyli cukru. I taki jest skład izotoników: woda, cukier, elektrolity. Jeśli nie jesteś akurat po naprawdę intensywnym treningu, z tego zestawu polecam tylko wodę. Cukru i tak zjadamy i wypijamy za dużo, a elektrolity w normalnych warunkach najlepiej radzą sobie same, bez interwencji z zewnątrz, która zaburza ich gospodarkę. 

•    Oleje „zdrowe dla serca”
. Odkąd świat ogarnął strach przed tłuszczami nasyconymi, obok zainteresowania oliwą z oliwek i dobrymi olejami znacznie wzrosło spożycie różnych paskudztw wytłaczanych z nasion i roślin. W handlu szybko się zorientowano, że wystarczy, żeby produkt pochodził z surowca roślinnego, aby sprzedał się jako zdrowy. A to nieprawda. Po pierwsze ważne jest, w jakim procesie taki olej uzyskujemy. Może to być np. przemysłowa rafinacja, która jest procesem dość drastycznym, używającym  bardzo wysokich temperatur, substancji wybielających i szkodliwego rozpuszczalnika hexanu. Tak pozyskane oleje mogą też zawierać bardzo szkodliwe tłuszcze trans. Niektóre oleje roślinne zawierają bardzo dużo frakcji omega-6, podczas gdy cenne dla zdrowia jest właściwe zrównoważenie omega-3 do omega-6. Omega-6 jest nam potrzebne w niewielkim stopniu, wystarczy tyle co w orzechach i w mięsie. Nadmiar prowadzi do chorób. Bezpieczne i godne polecenia są oliwa z oliwek oraz dobre oleje rzepakowe. Oleje z kukurydzy, soi czy nasion bawełny trzeba traktować z dużo większą podejrzliwością. No i generalnie już wielokrotnie pisała o tym, że lepiej kilka orzechów niż łyżka oleju :-)

•    Nisko tłuszczowe i beztłuszczowe przekąski.
Powstały na tej samej fali ucieczki od tłuszczów nasyconych (które, nota bene, wg najnowszych badań, same w sobie okazały się nie takie groźne). Problem polegał na tym, że takie pozbawione tłuszczu produkty były po prostu niezjadliwe. Aby z nich uczynić „ulubione przekąski” dbających o zdrowie, producenci nafaszerowali je mnóstwem chemii oraz naturalnych i sztucznych dosładzaczy. Przeczytaj uważnie informację na opakowaniu owocowego jogurtu „0%”. Dlaczego np. jest tak wysoko kaloryczny, jeśli jest bez tłuszczu?!

•    Śmieciowe jedzenie bezglutenowe. Zjawisko podobne, jak z tłuszczami. Np. w USA, z różnych powodów,  już 1/3 ludności nie chce w ogóle jeść glutenu. Problem polega na tym, że naturalnie bezglutenowe są jedynie… mięso i warzywa. Wszelkie inne produkty ze słowem „bezglutenowe” w nazwie są to produkty, w których mąkę ze zbóż zastąpiono innego rodzaju skrobią (ziemniaczaną, z tapioki lub inną) i są to zazwyczaj skrobie wysoko przetworzone, pozbawione jakichkolwiek substancji odżywczych i powodujące tak samo szybki skok poziomu cukru, jak rafinowana pszenica. Nie mówiąc o dodatkowym cukrze i chemii, tak jak w beztłuszczowych przekąskach. 

•     „Zdrowe” płatki śniadaniowe.
W sklepie naprawdę zdrowych nie kupisz na pewno! Pamiętaj: jedyne zdrowe muesli to takie, które zrobisz sama: z czystych płatków zbożowych, nasion, orzechów, suszonych owoców. Sklepowe są ładowane cukrem, rafinowanymi węglowodanami, sztucznymi witaminami, a czasem też konserwantami (tzw. stabilizatorami). Nie daj się zwieść kawałkom orzechów, papai i całym ziarnom, niskiej tłuszczowości ani chwytliwym sloganom na ślicznych opakowaniach. To fałsz, prawdziwa jest „lista obecności” składników, przeczytaj ją uważnie. Dietetycy i lekarze uważają takie sklepowe muesli za jedną z najbardziej oszukańczych pozycji w „zdrowym menu”. Nie wierzyłam w to, dopóki znajomy lekarz nie opowiedział mi „przezabawnej” historii (oczywiście z zachowaniem anonimowości) o pacjencie, który ni mniej ni więcej, tylko podejrzewał, że podtruwa go własna żona. Pacjent ten bardzo dbał o zdrowie, o właściwe odżywianie, a czuł się coraz bardziej fatalnie. Zażądał wręcz od lekarza wykonania analizy toksykologicznej, mającej dowieść niecnych czynów małżonki. Lekarz, wiedziony doświadczeniem i wiedzą na temat objawów, zapytał pacjenta o szczegóły  owego dbania o zdrową dietę. Okazało się, że pacjent nie żałuje sobie i codziennie, poza zdrowymi domowymi posiłkami,  zjada solidną porcję najlepszego (czytaj: najdroższego) muesli zakupionego w markecie. „I byliśmy w domu” – relacjonował lekarz. Zalecił odstawienie tego smakołyku, lekkie oczyszczenie organizmu ziołami i zaprosił za trzy tygodnie. Oczywiście objawy fatalnego samopoczucia jak ręką odjął. Podobno pacjent był na tyle rozumny, że nie przepraszał żony za niesłuszne posądzenia, po prostu jej się w ogóle do nich nie przyznał. Zdał się bardziej na domową kuchnię i w ogóle przestał wierzyć reklamom.

Mogłabym napisać jeszcze o margarynach i sztucznych masłach, batonach energetycznych czy przekąskach nisko węglowodanowych. Schemat jest jednak ten sam: unikamy czegoś ewidentnie niezdrowego, pozwalając się faszerować potrójną dawką innych śmieci. Czy warto? W zdrowej diecie i w Równowadze najcenniejsza jest prostota. Wiedz dokładnie, CO jesz, i będzie OK. :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz