czwartek, 15 maja 2014

To, co tak naprawdę przeszkadza Ci w schudnięciu to... FAŁSZYWE PRZEKONANIA. Co to takiego?

Fałszywe przekonania. Hasła-klucze, wygodne „prawdy”, które pozwalają nam się nie ruszać z miejsca, tkwić w wygodnych kokonach (a raczej fotelach i kanapach). Obecne w każdej sferze życia, urastają do symboli, dla których wręcz wstyd byłoby szukać uzasadnienia. To się po prostu wie!

Nieco poważniej – fałszywe przekonania to myśli, mniej lub bardziej uświadomione, które traktujemy jako prawdy bezwzględne. Często te przekonania pochodzą z naszego dzieciństwa i są kontynuacją przekonań naszych babć i mam, ojców. I, dla jasności, to nie są wymówki. Wymówki to słabe gierki, które byle rozmowa może obalić. Fałszywe przekonania to coś w co Ty NAPRAWDĘ wierzysz. I dlatego pokonanie ich nie zajmuje 5 minut. Ale można, bo to właśnie z nimi głównie rozprawiamy się na Spotkaniach Motywacyjnych Klubu Równowagi.
Rozprawmy się z nimi wstępnie zatem i tutaj.

No, chociażby tylko z niewielkim ułamkiem. Wspólnie się z siebie pośmiejmy i może nieco osłabimy naszą wiarę w te uparte PRZEKONANIA. :-)

Zacznę ekonomicznie:
 
Odchudzanie jest za drogie.

No tak, jeśli myślisz o drogich suplementach, gotowych dietach zastępujących całodzienne wyżywienie albo o odchudzającym cateringu (teraz dostępne są i takie usługi) – to na pewno! Często jednak wyobrażamy sobie, że do takiego odchudzania można się zabrać dopiero wtedy, gdy zapewnimy sobie dostęp do kosztownych frykasów, z których będziemy przyrządzać posiłki – owoce morza, chudziutka wołowa polędwica, egzotyczne „odchudzające” owoce, warzywa z innych stref klimatycznych, najlepsze wędliny, „zdrowa żywność” ze specjalnych stoisk, dalekomorskie wodorosty, przyprawy kupowane w „kuchniach świata” i „światach kuchni” itd., itd…. Zapewniam Cię, że do mądrego jedzenia wystarczą – a nawet są pożądane – proste i naprawdę tanie produkty. Co powiesz na kasze, płatki zbożowe, kapustę (także kiszoną), cebulę, marchew, seler, jabłka, ogórki, pomidory, soczewicę, cieciorkę, kurczaka? Czy to jest drogie jedzenie? No w końcu nie musisz codziennie przyrządzać łososia czy wołowiny, 2 – 3 razy w tygodniu warto jeść strączkowe dla zdrowia. Zgadzam się, poza sezonem niektóre warzywa i owoce nie są tanie, ale na większość w naszej strefie klimatycznej sezon trwa cały rok, a pomarańcze, cytryny, banany przestały być tak bardzo egzotyczne, od kiedy jesteśmy w Unii Europejskiej. W Metodzie Równowagi Metabolicznej urozmaicamy nieraz przepisy dodatkami takimi jak ananas, papryka, jagody goji – ale to tylko wariant, żeby pokazać możliwości. Tak naprawdę może być ogórek kiszony, kapusta pekińska i rodzynki, to tylko kwestia kreatywności. A przekonani, że wciąż nas nie stać na zdrowe jedzenie, kupujemy niezdrowe, za to za dużo. Ile razy zdarzyło Ci się do koszyka dorzucić „dodatkowo” paluszki, chipsy, herbatniki,  gotowe sosy czy pasztetową, żeby jakoś sobie tę  kulinarną szarzyznę, to smutne życie umilić? Może jeszcze galaretki w cukrze, podobno dobre na stawy… Jakbyś podsumowała, na pewno wystarczyłoby na kilka pysznych zdrowych obiadów, a pozostałe możesz zrobić też zdrowe, ale tanie. Jak barszcz  (nota bene bardzo zdrowy!) :-)

 Teraz towarzysko (albo socjologicznie)

Grubsi są milsi.

O tak, zdecydowanie! Przypominasz sobie, jaka jesteś miła dla innych, kiedy wszystko Cię w Tobie samej denerwuje? Zadyszka, za ciasne ubranie, przypadkowe spojrzenie na własne odbicie w wystawowej szybie, pot, cierpliwe napominanie lekarza, odkrycie, że te ostatnie trochę luźniejsze spodnie przestały być luźne, porównanie ze szczupłą  bratową… Ja pamiętam. Gotowa byłam gryźć i kopać, zero tolerancji dla cudzych ułomności. Poczucie klęski i niemocy kazało mi przynajmniej wewnętrznie warczeć na wszystkich dookoła, ze szczególnym uwzględnieniem szczupłych lasek. Nawet jeśli w tzw. świecie zewnętrznym ze względów taktycznych (albo egoistycznych) grałam wyluzowaną, jowialną puszystą, najbliższa rodzina dostawała w dwójnasób – na nich musiałam odreagować swoje frustracje. I uwierz mi, nie ma osób do końca pogodzonych z własną nadwagą, są tylko lepsi i gorsi aktorzy. Kto nie chciałby pozbyć się kłopotliwych ograniczeń, mniej się męczyć, swobodnie podbiegać do autobusu, umówić się na weekendową wędrówkę w plener, nie myśleć o bolących nogach? Nikt. No, prawie nikt. A Ty? Po co na przykład czytasz tego bloga?:-)

A teraz naukowo:
       
Otyłość jest u mnie dziedziczna.

Tu mamy do czynienia z sytuacją: nauka w służbie człowieka, a konkretnie: genetyka w służbie puszystości. A nie zastanowiło Cię, że np. Azjaci, którzy mieszkają w Chinach czy innych azjatyckich krajach i są „dziedzicznie” szczupli, kiedy tylko wyemigrują np. do USA, bardzo często zmieniają się w pulchnych i krągłych? W 3 lata! Cud genetycznej manipulacji! I potem są już z reguły „dziedzicznie” grubi. O tak, odziedziczyli zachodni styl życia i miłość do śmieciowego jedzenia. Ale z nadwagą dziedziczność rzeczywiście ma wiele wspólnego. Dziedziczymy wzorce zachowania, kulinarne zwyczaje, przekonania, także te fałszywe. W stwierdzeniu „jaka matka, taka córka” kryje się raczej informacja: gotują podobnie, podobnie jedzą, podobnie uważają, że bez tłustych schabowych i śmietany do sałaty nie ma obiadu,  podobnie „nie uważają” sportów i podobnie „dają sobie luz” w sprawach zdrowia. A może nawet podobnie sądzą, że „każda dobra gospodyni musi być pulchna” (kolejne fałszywe przekonanie, powtarzane z lubością w wielu kręgach kulturowych). Zastanów się, czy czasem w Twoim otoczeniu nie ma osób, które przeczą prawdzie o dziedziczeniu nadwagi? Ja znam takich osób wiele, ale długo nie chciałam ich zauważać, wypierałam ich istnienie ze świadomości. A przecież od wielu lat w mojej najbliższej rodzinie żyje rodzeństwo: ona szczupła od zawsze (dziś 50-latka, matka trojga dzieci) i on od dawna baaaardzo duży. Oboje to dzieci tych samych szczupłych rodziców. Myślę, że otyłość brata ma jednak coś wspólnego z kulinarnymi zwyczajami jego żony, a nie z genami. A jak jest w Twoim otoczeniu?

I praktycznie:
Jak schudnę, to znowu utyję, więc nie warto się starać. 

Czy warto się starać, to oddzielny temat-rzeka, raczej dla psychologów i trenerów personalnych. To pytanie typu: czy warto myć naczynia, zaraz przecież znów się zabrudzą? Przepraszam za dosadność, ale czy w ogóle warto się rodzić, w końcu i tak kiedyś umrzemy. Odpowiedź na te pytania pozostawiam do indywidualnego rozważenia. Ja osobiście uważam, że warto. Warto wiedzieć, że w sporej mierze sama decyduję o jakości swego życia. W końcu nikt mi nie zabroni jeść na brudnych naczyniach, ale czy to lubię? Czy chcę tak robić?

W kontekście odchudzania to jest raczej taka wymówka. I wcale się nie dziwię, że możesz mieć to przekonanie, jeśli do tej pory korzystałaś z „odchudzających” suplementów i restrykcyjnych diet. To takie protezy, działania zamiast, w najlepszym wypadku załatwiające problem tylko na chwilę. Kończy się suplement czy kończy się dieta – i kończy się cudowny wspomagacz, zostajesz sama z sobą. Ze swoimi nawykami, słabościami. Zostajesz sama. To prawda, że wszędzie tam, gdzie z jednej strony oczekujemy jakiegoś magicznego działania, które się dokona bez naszego wysiłku, trudno liczyć na trwały efekt. A czasami na jakikolwiek efekt. Powiesz: Jak to bez wysiłku?! A ta potworna dieta, to nie jest wysiłek?! Jest, nawet zbyt duży. Napięcie, jakie powoduje, jest przeogromne. Godzisz się wewnętrznie na ten wysiłek tylko dlatego, że jest ograniczony w czasie. I każdą komórką swego ciała pragniesz, żeby ten koniec nastąpił JUŻ, żebyś to miała z głowy. „Dałam z siebie wszystko!” i całą odpowiedzialność za efekt przerzucasz na twórcę diety albo na koleżankę, która Ci tę dietę poleciła. Przez całą dietę marzysz o tym, co zrobisz i co zjesz, kiedy dieta już się skończy. Z reguły są to zachowania i potrawy, które spowodowały, że musiałaś się odchudzać. Błędne koło? Raczej jo-jo w glorii swej potęgi. Uwierz, jo-jo nie odpuszcza. Z tym że taka zmiana, po której nie utyjesz, jest możliwa. Jest to jednak zmiana bardziej dojrzała, bardziej Twoja własna niż dr. Dukana czy prezydenta Kwaśniewskiego.  Dlatego Metoda Równowagi metabolicznej bazuje nie na cudach, ale na pewnej „dorosłej” postawie i na przeogromnym wsparciu, jakie masz w Grupie Motywacyjnej oraz jakie otrzymujesz przez proste techniki wizualizacji. Tu nie zostajesz sama po diecie. Zresztą przecież nie jesteś na żadnej diecie i nie ma żadnego po. Jest nieustające teraz.

No i wraz z powyższym zdaniem przyszedł czas na ciężką artylerię:
Jak schudnę, zacznę żyć.

Rozwinę to: jak schudnę, to będę się rozwijać, to się zakocham, będę ćwiczyć, pojeżdżę na rowerze, będę panią swego życia, zrealizuję swoje plany, zacznę się lepiej ubierać… Jak schudnę, będę się zdrowo odżywiać, a teraz, kiedy jestem taaaaaka duża, to i tak wszystko jedno, co jem.  Bardzo, bardzo częste. Znasz to z autopsji?

Zastanawiałaś się, co się kryje za taką postawą? Dla mnie dwie rzeczy. Jedna zupełnie nie do śmiechu. To naprawdę dramatyczne, żeby samemu pozbawiać się prawa do szczęśliwego, a choćby tylko normalnego życia. Prawa do zdrowia, do posiadania i realizacji planów, prawa do życia osobistego, do dobrego wyglądu. Aż ciarki chodzą po plecach! Popatrz na to z boku: z powodu kilku (no dobra kilkunastu albo kilkudziesięciu kIlogramów) masz nie pozwolić sobie ŻYĆ??? Przecież Ty i tak żyjesz. ten moment już nigdy nie wróci. Nie szkoda Ci???

Druga kwestia to fakt, że dopóki nie schudłam, nic nie muszę! Zwalniam się z odpowiedzialności za wiele sfer mojego życia. Za zdrowie, za mądre odżywianie, za posiadanie rodziny, za dbanie o kondycję fizyczną, za dobrą prezencję. Jak schudnę, nie będę miała już wymówki, dlaczego nie ćwiczę, dlaczego nie mam narzeczonego, dlaczego nie poszłam na studia, dlaczego nie staram się być lepszym człowiekiem, dlaczego nie pojechałam na spływ kajakowy albo do Paryża. Wygodne. Odsuwasz od siebie ciężar starania się o cokolwiek. Bo przecież jeszcze jestem gruba… Jeszcze… Jeszcze do kiedy? Do najbliższego poniedziałku? Do po świętach? Do po wakacjach? Do matury dziecka? Ile masz czasu? Ale, jak mówi pomarańczka, nadchodzi taki moment, że trzeba się pozbierać i zacząć iść do przodu :-)

Te kilka opisanych przeze mnie fałszywych przekonań to tylko czubek góry lodowej. Takich „pewników” tylko związanych z nadwagą jest kilkadziesiąt. Sama zrób przegląd tych, z którymi masz do czynienia (nawet jako obserwator), możesz się nieźle ubawić. Ciekawe jest jednak to, że kiedy patrzymy z boku na takie cudze przekonania, oczywiście widzimy ich absurd i jesteśmy w stanie ten absurd bardzo jasno opisać i znaleźć wiele argumentów, pokazujących że wcale tak nie jest. Jednak całkowicie ślepniemy, kiedy przychodzi do naszego własnego fałszywego przekonania. Kolejna zagadka umysłu. Albo okulistyki.

Do tematu będę pewnie powracać. A na koniec opowiem usłyszaną od znajomego anegdotkę, która od lat niezmiennie mnie rozbawia. 

Opowieść dotyczy wielkiej tradycji rodzinnej, która bezwzględnie nakazywała przed ugotowaniem świątecznej szynki porządnie ściąć obie jej końcówki, bo inaczej szynka się nie uda. Tradycja ta była kultywowana już od kilku pokoleń w tej rodzinie. Nikt nie pytał, dlaczego, po prostu taki był przepis. Ktoś z młodszego pokolenia wreszcie się zainteresował, czemu taki zabieg ma służyć, i zaczął drążyć temat – od strony technologicznej, smakowej, chemicznej, zwyczajów ludowych… Odpowiedź nadeszła ze strony „historycznej”: otóż jedna z prababek zawsze tak robiła, żeby szynka zmieściła się w niezbyt dużym garnku, jedynym jaki prababka miała do tego celu. :-)




8 komentarzy:

  1. Zgadzam się z przedmówcą, fajnie się czyta tego bloga, szczera prawda o nas. I zawsze przy tym przegryzam coś zdrowego - paprykę, pestki dyni, żurawinę, i już mi nie potrzeba ciasteczek (pewnie mają tłuszcze trans :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetnie się Pani zna na ludziach, chciałbym, żeby Pani jeszcze inne nasze cechy tak podsumowała, nie musi być w kontekście jedzenia, proszę nie oszczędzać ;-) to super ubaw!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, nam się na tym, a w innych sferach to byłaby improwizacja. A temat jedzenia jest tak niewyczerpany, że raczej zostanę przy tym :-) Ale dziękuję za zaufanie :-)

      Usuń
  3. Historia z szynką wyjaśnia wszystko... :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj tak - część tekstu jest w stu procentach o mnie, więc trzeba nie czekać aż się schudnie, żeby zacząć żyć i w końcu wziąć się za siebie;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wszystko pokazuje wymówki jakie w życiu brałam pod uwagę . Prawda boli ;)

    OdpowiedzUsuń