poniedziałek, 26 maja 2014

Na Dzień Matki przepis specjalny: jak być jeszcze lepszą mamą.

Dziś Dzień Mamy. Piękne święto. Wszyscy mamy Mamy :-)

Zapewne też część (duża część?) Czytelniczek jest matkami, więc dziś to wpis dla Was. Oczywiście także dla wszystkich przyszłych mam :-)

Żeby nie było cukierkowo, drogie Mamy, prezent będzie wymagał trochę pracy :-)
W ramach prezentu powiem Wam, jak być jeszcze lepszymi mamami i dobrze karmić swoje dzieci.

A zadanie to jest niebagatelne. Wyobraź sobie, droga Mamo – Czytelniczko, że polskie dzieci w tej chwili są najszybciej tyjącymi dziećmi na świecie. Tak, tak, gonimy Amerykę. A amerykańskie dzieci będą pierwszym pokoleniem w historii naszej cywilizacji w krajach rozwiniętych, gdzie dzieci będą żyły krócej niż ich rodzice. I to nie przez toksyny, GMO czy BSE, a tylko i wyłącznie przez nadwagę i otyłość. Nie pozwólmy, że polskie dzieci za kilka lat były w podobnej sytuacji. I tu rola mam jest mimo wszystko najważniejsza. A zatem do roboty! :-)
Pamiętajmy, że kształtujemy nawyki żywieniowe naszych dzieci i  ich postawę wobec jedzenia często na całe ich życie, to odpowiedzialne zadanie. Warto poświęcić mu uwagę, chociaż trochę.


Aby sobie pomóc, posłużę się opinią amerykańskiej ekspert, wykwalifikowanej dietetyk Maryann Jacobsen, prywatnie matki dwojga dzieci. Maryam jest autorką książek i opracowań dotyczących żywienia dzieci i młodzieży. Aby pomóc rodzicom dobrze spełniać ich rolę przewodników po świecie jedzenia, wskazała 5 najczęściej popełnianych błędów w tej dziedzinie i sposoby, jak ich uniknąć.

1.    Ingerowanie w posiłek dziecka. Badania wykazują, że około 85% rodziców nadmiernie kontroluje  dzieci podczas posiłku i wywiera na nie presję:  reguluje tempo jedzenia i wielkość spożywanych porcji. „Jeszcze dwa kęsy, jeszcze trzy łyżki i dostaniesz deser”. To u małych dzieci. U większych, wychowanych w ten sposób (często już z nadwagą), presja jest odwrotna: „nie dostaniesz deseru, jeśli zjesz jeszcze jeden kotlet”. Dlaczego taka kontrola to błąd? Dzieci rodzą się z naturalną zdolnością do regulowania swojego odżywiania. Ingerencja rodziców uczy dzieci, że mają nie ufać swojemu ciału i jego sygnałom. Po jakimś czasie rodzice całkowicie tę naturalną zdolność dziecka rozregulowują i wtedy niejako „mają rację”. Stwierdzono np., że dzieci, na które wywiera się presję, aby jadły mniej, wykształcają sobie mechanizm jedzenia, gdy tylko nadarzy się okazja, „na zapas”, nawet gdy nie są głodne. Ups! Prosta droga do otyłości i do utraty kontroli nad jedzeniem. A jakie postępowanie jest właściwe? Trzeba podzielić się z dzieckiem odpowiedzialnością za jego posiłki. Najlepiej niech rodzice zadecydują co, gdzie i kiedy będzie do jedzenia, a dziecko – ile i czy zjeść. To nie tylko pomaga dzieciom w budowaniu zaufania do swoich żywieniowych odczuć i w zachowaniu naturalnej samoregulacji, sprawia także, że czas posiłku jest spokojny, że czują wsparcie i akceptację dla własnego tempa, dla sposobu jedzenia.

2.     Brak stałego rytmu posiłków, ich struktury. To niejako odwrotność poprzedniej sytuacji. Dzieje się tak wtedy, gdy to dziecko rządzi – całkowicie decyduje o tym co, gdzie, kiedy i ile je. W parku – kupujemy mu popcorn (bo jest), na spacerze – soczek (bo zobaczyło kolorową buteleczkę), w samochodzie – pizzę, żeby się nie nudziło, a w domu pozwalamy mu jeść przed telewizorem. Takie dziecko tak naprawdę nigdy nie odczuwa głodu, nie może skorzystać z jego roli regulatora apetytu. Jedzenie kojarzy bardziej z konkretnymi sytuacjami. W rezultacie uczy się jeść nie z powodu głodu, a z przyzwyczajenia. Je mało podczas posiłków przygotowanych  w domu (bo objadło się chipsów) i ciągle podjada pomiędzy tymi posiłkami, bo przecież tak mało zjadło na obiad… Po krótkim nawet czasie ma rozregulowany mechanizm głód – jedzenie, a wzrasta jego wrażliwość na tzw. bodźce środowiskowe, czyli je „bo tak trzeba (wypada, zawsze tak robię)”. Co robić, żeby do tego nie dopuścić?  Ustalić z dzieckiem, że jemy określone posiłki: śniadanie, obiad, kolację i przekąski – drugie śniadanie, podwieczorek itp. Niech to będzie jakaś stała struktura, dostosowana do potrzeb dziecka: małe dzieci potrzebują posiłku co 2 – 3 godziny, starsze co 3 – 4, a nastolatki co 4 i więcej godzin. Ponadto – jemy w określonym miejscu, np. przy stole w kuchni. I przypominamy o porach, np. jeśli dziecko chce odejść od obiadu, który ledwie skubnęło, mówimy: pamiętaj, że podwieczorek dopiero o szóstej, a gdy ogłasza, że jest głodne godzinę przed kolacją: wiem, że chcesz coś przekąsić, ale za mniej niż godzinę będzie kolacja, decyduj.
 
3.    Realizowanie tzw. specjalnych zamówień. Czasami jest tak, że dziecko odmawia zjedzenia tego, co wszyscy inni jedzą np. na obiad. Troskliwa mama, aby dziecko nie poszło spać głodne, przygotowuje mu więc jego ulubione danie (nieodmiennie te same naleśniczki lub kurze udko), aby zjadło cokolwiek. Dlaczego to błąd? Dzieci uczą się urozmaicać swój jedzeniowy repertuar w różnym tempie. Niektóre uczą się powoli. Ulegając takim dziecięcym kaprysom i fobiom („nienawidzę szpinaku!”, „nigdy nie wezmę ryby do ust” – znasz to?), pozbawiamy dzieci możliwości wzbogacania menu, umacniamy ich w przekonaniu, że dla nich istnieją tylko trzy (albo i dwie!) akceptowalne potrawy.  Co zrobić?  Dajmy się dziecku uczyć w jego tempie. Najlepiej włączyć je w planowanie posiłku, proponując stopniowo nowe składniki. Wspólnie ustalić, jakie produkty i w jakich ilościach „spróbujemy tym razem” włączyć do menu, tak aby dla malucha było to do zaakceptowania (czyli do przełknięcia). Można delikatnie pomanipulować: „wiesz, jak tata lubi paprykę, dodamy jej trochę do gulaszu, ok? Może i tobie będzie smakować”.  Cierpliwie, powoli, bez nacisku,  „po maminemu”… :-)
 
4.    Wmuszanie warzyw. To problem ogromnej części rodziców: dzieciaki nie chcą jeść warzyw! A przecież wiadomo, ile cennych składników jest w warzywach, będzie im ich brakować! Tu stołowym szantażom nie ma końca, a wszystko to w walce o dobre zdrowie juniora. To właśnie wtedy u wielu z nas powstaje awersja do wielu warzyw, które po latach (czasem bardzo wielu latach, niestety) uznajemy za pyszne. Ale większość rodziców może nie wie, że dzieci są wyjątkowo wrażliwe na goryczkę obecną w smakach wielu warzyw. To stąd ta niechęć. I nie, proszę nie sięgać po cukier, nie dosładzać! Są inne sposoby, aby maluchom warzywa uprzyjemnić, a w starszym wieku ta wrażliwość mija, wyrasta się z tego. Po pierwsze – dzieci mogą otrzymać potrzebne im składniki pokarmowe w owocach i innych produktach, możemy im te warzywa odpuścić, jeśli trzeba staczać w tej sprawie walki. A po drugie, możemy im pokazać różne formy jedzenia warzyw, np. surowe z pysznym dipem (najlepiej przyrządzonym w domu) łagodzącym zbyt ostry smak, pozwólmy dzieciom samodzielnie komponować sałatki (z naszą „niewielką pomocą”), np. z warzyw i z owoców, możemy robić warzywa gotowane, duszone, grillowane, aby powoli oswoić młodych z ich smakiem. Możemy robić warzywne koktajle. Tylko bez presji, proszę:-). Ważne też,  żeby nie stosować podstępów i „oszustw” – to dzieciaki wykryją i długo będą oglądały każdą potrawę pod lupą.
 
5.    Nie psuj tego, co dobre, czy raczej: nie naprawiaj tego, co nie jest zepsute. Tu się kłania wiedza o potrzebach dziecka, nie tylko tych żywieniowych, w różnych okresach rozwoju. Rodzice często postrzegają zachowania swoich pociech w stosunku do jedzenia jako nieprawidłowe albo problematyczne. Np. martwią się o  brzdące odmawiające jedzenia puree, o wybredne niemowlaki, o uczniów koniecznie chcących jeść to samo, co koledzy w szkole czy o „dietujące” nastolatki. Martwią się i często na takie zachowania reagują niewłaściwie (nakazami, zakazami, szantażami). Wynika to oczywiście z troski, ale też trochę z niewiedzy. Każdy etap rozwoju dziecka wiąże się z charakterystycznymi zachowaniami i potrzebami. Wymienione zachowania są jak najbardziej właściwe dla poszczególnych etapów rozwoju i nie trzeba ich „naprawiać”. Rolą dobrego rodzica jest mądre towarzyszenie potomkowi w kolejnych fazach. I bardzo pomaga wiedza o tym, czego po takim młodym człowieku można się na poszczególnych etapach spodziewać :-)

Na koniec, jako krótkie resume, dorzucę kilka porad od siebie. Tak, myślę, że mogę ich udzielić, bo nie tylko jestem mamą, ale przede wszystkim byłam dzieckiem. Dzieckiem z problemami w odżywianiu.
A więc bądź dobrą mamą i:- nie każ dziecku zjadać wszystkiego, co ma  na talerzu („ma być wszystko pozamiatane!”),
- nie przekarmiaj go („jeszcze kilka kęsów…”),
- nie utożsamiaj miłości z karmieniem (zjedz „za mamusię, za tatusia, za babcię…”),
- nie strasz Afryką, gdzie dzieci głodują („a ty nie chcesz dokończyć porcji, jak ci nie wstyd!”), no bo co to ma do rzeczy???
- nie dawaj słodyczy w nagrodę (za np. dobrą ocenę),
- nie manipuluj jedzeniem, nie zakazuj deseru za złe zachowanie
- bądź przyjacielem i przewodnikiem swojego dziecka po odżywianiu, a nie nadzorcą lub służącą.

Jeśli chcesz to jeszcze trochę uzupełnić, zajrzyj do posta z 27 kwietnia :-)

Wszystkim Mamom wszystkiego najlepszego, ze szczególnym uwzględnieniem zdrowych i pogodnych dzieci!

Ściskam serdecznie!

2 komentarze:

  1. No rzeczywiście, cukierkowo nie jest :-), ale bardzo dziękuję za ten wpis, każe trochę pomyśleć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szokujące są te dane o otyłości polskich dzieci! To pewne? Zakazałabym produkcji chipsów i coca coli! I ich reklam.

    OdpowiedzUsuń