niedziela, 16 marca 2014

Nie zawsze jest różowo - i nie mam tu na myśli słonia :-(


W życiu są i górki i dołki. I dołek nie zawsze musi oznaczać, że za dużo podjadam. Dziś mam ciężki dzień, bo mój starszy synek wylądował w szpitalu. Młodszy już śpi (na szczęście zdrowy), ja i tak w szpitalu nie mogę być, spać też nie mogę - no to napiszę.

Na szczęście przypadłość mojego synka najprawdopodobniej do jutra mu przejdzie i mam nadzieję jutro albo pojutrze go zabrać do domu. Co daje mi w sumie komfort na tyle duży, że mogę nie siedzieć i ogryzać paznokci i mam siłę właśnie na małą analizę i pisanie.

Z drugiej strony, dziecko w szpitalu jest na tyle dużym stresem, że to, co mi się właśnie stało, to żołądek i gardło zaciśnięte przez stres tak, że nawet wody nie mogę przełknąć. Przy mniejszym stresie jem dużo więcej niż zwykle. Czy Ty też tak masz? A może należysz do tych osób, które przy każdym stresie jedzą więcej? Reagujemy różnie, bo jesteśmy różni, ale mechanizm jest jeden.



Generalną pierwotną reakcją na poważny stres jest raczej to, co ja właśnie mam - zaciśnięcie. Skąd się to bierze? Naturalnie, zwierzę w obliczu zagrożenia (najczęściej innego zwierzęcia) musiało być jak najlepiej przygotowane do ucieczki. A z pełnym brzuchem jesteśmy ociężali i uciekać po prostu trudniej. Stąd też takie skrajne reakcje na stres jak biegunka, skurcze jelit albo wręcz wymioty. Pierwotnie, oczyszczamy się z jedzenia na wszelkie możliwe sposoby, żeby być potencjalnie jak najszybszymi i jak móc najszybciej uciekać. Nasz organizm nie wie, że dziecko w szpitalu nie ma nic wspólnego z koniecznością ucieczki. Instynkt i pierwotny mechanizm pozostał.

Przy lekkim stresie ten mechanizm jeszcze się nie uruchamia i działa raczej mechanizm kojarzenia jedzenia ze środkiem do zaspokojenia różnych potrzeb, które przy lekkim stresie są właśnie bardziej niedopieszczone (nikt mnie nie kocha, szef znowu się na mnie uwziął, jestem taka brzydka). Istniej teoria 21 "głasków". Mówi ona o tym, że do normalnego zdrowego funkcjonowania, żeby nie zbzikować i harmonijnie psychicznie się rozwijać, potrzebujemy 21 "głasków" dziennie. 1 "głasek" to na przykład przytulenie kogoś, to podanie i uściśnięcie ręki, to poklepanie po ramieniu, to pogłaskanie głowy, to posiedzenie chwilę komuś na kolanach albo potrzymanie na swoich kolanach kogoś, i tak dalej. Pomyśl ile "głasków" daje kochanie się :-) A w dzisiejszym świecie, komunikując się przez Internet (nomen omen!) tych "głasków" ani nie dajemy, ani nie dostajemy wystarczająco. I wtedy mamy deficyt. Ten deficyt możemy uzupełniać jedzeniem, bo mamy wpojone przeświadczenie jeszcze z wczesnego dzieciństwa, podtrzymywane przez późniejsze dzieciństwo, tradycję i całe nasze życie, że jedzenie właśnie nam te różne "głaski" zastąpi. Sięgając po jedzenie i nawet je pochłaniając, mamy takie przeświadczenie. Chwilę po zjedzeniu, raczej ono mija. Co nie zmienia naszego przekonania na przyszłość, niestety.

Z drugiej strony, osoby na co dzień przejadające się, które nieczęsto doświadczają stresu na tyle silnego, żeby pojawiło się opisane "zaciśnięcie", kiedy już to nastąpi, doznają swego rodzaju olśnienia, jeżeli chodzi o jedzenie. Znam kilka dziewczyn, które większość swego życia były pulchne i schudły po rozwodzie. W tych kilku przypadkach była to dla nich trauma na tyle duża, że pojawiło się "zaciśniecie". Pojawiło się pierwszy raz w ich życiu i kiedy już straszne emocje trochę opadły, spojrzały z boku na to zjawisko i zobaczyły, że bez jedzenia można wytrzymać całkiem długo i to w dodatku wcale nie "wytrzymując". Zobaczyły, że regularność i ilość zwykle przez nie pochłaniane wcale nie były konieczne do życia. I najważniejsze, zobaczyły, że jedzenie nie jest dla nich żadnym przyjacielem, zastępstwem ani miłością. Jedzenie jest tylko paliwem i trochę cielesną przyjemnością. To wszystko. Od czasu do czasu jest elementem "zgromadzeń" społecznych i rodzinnych, a także przejawem swoistości kulturowej. Ale to nie jest nic osobistego. Doświadczenie z "zaciśnięciem" zepchnęło jedzenie z piedestału niezastąpionego elementu w ich życiu.

I bardzo dobrze. Bo tak długo, jak nie wyobrażamy sobie życia bez jedzenia, tak długo to ono nami rządzi. Dopiero wskazując mu właściwe miejsce, przejmujemy kontrolę, i o to właśnie chodzi :-)

No, może po tych wywnętrzaniach się będę mogła pójść spać. A Ty trzymaj kciuki za mojego Młodego, żeby jutro już był w domu :-)

P.S.
Ponieważ mam trochę wyrzutów sumienia, że nie jestem z synkiem w szpitalu tylko zajmuję się pisaniem o, relatywnie, głupotach, usprawiedliwię się. Trochę dla siebie, trochę dla ewentualnych oburzonych Matek Polek. Z przyczyn technicznych i ode mnie niezależnych i tak nie mogłam z synkiem zostać w szpitalu. Mały ma 8,5 roku, zaliczył już obóz bez rodziców i w szpitalu sam mnie wyganiał, że mam już sobie iść. Surfowanie po otchłaniach Dr. Google też mi dziś nic nie da, bo małego po prostu czeka seria badań i sama nic nie wymyślę. Mogę nie spać i się martwić, albo nie spać i się czymś zmęczyć i w końcu zasnąć. Wybrałam to drugie, bo w ten sposób mam większe szanse jutro po niego pojechać w miarę na siłach. Takie ratowanie się w nieszczęściu.... Dobrej nocy.

10 komentarzy:

  1. Aniu,Trzymam kciuki,aby Twój synek wrócił szybko do domu!
    Krysia


    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam jakiś czas temu,że dawanie niemowlakowi piersi gdy on płacze,może spowodować,że w przyszłości, w sytuacjach krytycznych będzie sięgał po jedzenie.
    Ale często, szczególnie na początku życia dziecka ciężko jest wyczuć dlaczego ono płacze.
    Czy myślisz,że gdy najpierw go przytulimy,a potem gdy się uspokoi zaczniemy karmić,spowoduję,że będzie kojarzył jedzenie jako sposób na ukojenie nerwów?

    OdpowiedzUsuń
  3. Aniu, wszystkie kciuki i za Młodego, i za Ciebie. Ty jesteś dzielna Matka Polka, bo umiesz wyjść poza własne ciężkie doznania i jeszcze coś dać z siebie innym. Nie robisz ze swojego stresu najważniejszej-na-świecie-sprawy-narodowej. Synek na pewno jest dumny z takiej Mamy i dlatego Cię wyganiał, żebyś w tym szpitalu nie zaczęła się mazać... Bądź Mamą w Równowadze, taka się synkowi o wiele bardziej "przyda". Zuza

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam nadzieje,że dziś już twój mały jest z Tobą w domu. Pozdrawiam Ania P

    OdpowiedzUsuń
  5. Aniu wszystko będzie ok. Fajnie, że miałaś siłę napisać ten tekst:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kochani Wszyscy Powyżej :-) , jak się wczoraj nie poryczałam, to się poryczałam po Waszych komentarzach, wow......
    Strasznie, straszenie Wam dziękuję :-)
    Młody ma się lepiej, ale jeszcze nie w domu. Może jutro. Problem tylko, że nie wiadomo do końca, co mu jest.....

    A co do nie dawania cyca niemowlakowi - to jest trudne, sama dawała cyca i wiem, że dawałam na każde kwiknięcie. Gdybym tak nie robiła, czułabym się wyrodnie. Tyle, że wtedy nie wiedziałam o tych mechanizmach. Może bym próbowała trochę ten moment przeciągnąć, nie wiem, trzeba wyczuć i siebie i dziecko. Pewnie cyc na płacz pół godziny po karmieniu nie jest najlepszym rozwiązaniem. Ale to trudne. Dlatego za te nasze wpojone jedzenie na każdą okazję nie możemy winić naszych mam. One też nie chciały czuć się wyrodnie. Ale próbujmy :-)

    Buziaki

    Ania-niestety-chwilowo-nie-w-równowadze :-(

    OdpowiedzUsuń
  7. Fantastyczna z Ciebie MAMA. Po prostu:)
    Niech syn szybko zdrowieje i wraca do domu! Trzymajcie się:)

    OdpowiedzUsuń
  8. No to na zdrowie :)

    OdpowiedzUsuń