piątek, 21 lutego 2014

Diety nie działają? Dlaczego?!!! Część 1

W poprzednim wpisie  ‘ogłosiłam’ nieskuteczność wszelkich diet odchudzających. Wypadałoby to jakoś poprzeć argumentami, nie sądzisz? Każdy z nas* ma w tym względzie jakieś doświadczenia. Moje, jak wspominałam, utwierdziły mnie stuprocentowo w przekonaniu, że stosowanie takich diet to kompletny bezsens. W pewnym momencie poczułam się  jak bohaterka tego dowcipu:  

– Wiesz, jestem na diecie już dwa tygodnie.
– Tak? I ile straciłaś?
– Dokładnie 14 dni.

No właśnie…
Wrodzona dociekliwość i obawa, że coś źle robię z tymi dietami, kazały mi poszperać, postudiować, przeszukać bardziej ‘akademickie’ dane niż suma własnych porażek.
I czego się dowiedziałam?  Że jak najbardziej mam rację i są na to także naukowe argumenty. Wiadomość i zła, i dobra: z jednej strony – zero nadziei, że jednak jakaś cudowna dieta nareszcie zadziała na dłużej, z drugiej strony – mogę już raz na zawsze rozstać się z tematem odchudzania przez dietowanie i poszukać czegoś naprawdę skutecznego.
A więc, co mówią badania? To ciekawe.
Naukowo potwierdzono, że sprawcą nieskuteczności diet odchudzających jest jo-jo. I to nawet nie jedno, a aż dwa jo-ja: jedno psychologiczne, drugie fizyczne. I przed żadnym nie ma ucieczki. Co więcej, oba jo-ja dzielnie się wspierają i choćbyś miała najsilniejszą wolę świata – nie dasz rady.
Jo-jo jest przymusowe.
Chyba że jesteś robotem. Ale nie jesteś, prawda?

Dzisiaj o jo-jo psychologicznym :-), czy może raczej :-(

Jo-jo psychologiczne jest związane ze specyfiką działania naszego mózgu. Ten organ nie uwzględnia komunikatu ‘NIE’ dołączonego do pojęcia podstawowego. To mechanizm, który pozwolił nam przetrwać jako gatunkowi. W epoce lodowcowej nie było czasu na rozważanie, czy współplemieniec właśnie krzyknął ‘nie ma mamuta, możesz iść dalej bezpiecznie’, czy krzyknął ‘widzę mamuta, uciekaj!’. Człowiek musiał reagować błyskawicznie, aby przeżyć. Błąd w interpretacji mógłby być fatalny w skutkach. Niezależnie zatem od tego, czy współplemieniec ostrzegał przed mamutem, czy też uspokajał, że go nie ma, człowiekowi zapalała się czerwona lampka i alarm powodował gotowość do ucieczki, kiedy tylko usłyszał sowo ‘mamut’, nieważne w jakim kontekście. Mechanizm pozostał niezmieniony do dzisiaj.  Spróbuj sama. Pomyśl: ‘zjem cytrynę’. Ślinianki zareagowały, prawda? Przygotowały Cię na obecność sporej ilości kwasu w ustach, bo dostały stosowny impuls z mózgu. A potem pomyśl: ‘nie zjem cytryny’. Zgodnie z logiką nie powinno być żadnej reakcji ślinianek, a one co? Pracują jak szalone! Znów dostały impuls z mózgu, który na tym poziomie nie bawi się w subtelności: przywołuje obrazy w najprostszej formie i w jak najszybszy sposób. Pojawiła się cytryna, więc trzeba ochronić jamę ustną i przełyk przed zbyt dużym stężeniem kwasu. I już. A że jej nie zjesz – Twoja sprawa, możesz przełknąć nadmiar śliny.
I teraz pomyśl, z iloma restrykcjami, z iloma takimi ‘NIE’ masz codziennie do czynienia podczas diety? NIE zjem czekolady, NIE zjem schabowego, NIE zjem żadnego węglowodanu, NIE zjem po 18.00, NIE znoszę być na diecie…. To rodzi napięcia, prawda? Marzysz, żeby ta dieta już się skończyła, a wtedy… powetujesz sobie te wszystkie zakazy!
A nawet, jeśli myślisz, że Ci tego wszystkiego nie wolno, to i tak obrazy ukochanych potraw pojawiają się w głowie, trzustka zaczyna produkować insulinę, ślinianki ślinę, cały organizm szykuje się do pracy. Wręcz fizycznie. Ale Ty, będąc przecież na diecie, nie dasz mu tego wszystkiego … Brrrr. I co nasz biedny organizm ma zrobić?
Chodzisz wtedy ‘na głodzie’, jesteś wściekła, bez kija nie podchodź, w najlepszym wypadku jesteś tylko rozdrażniona...

A mamy ograniczony tak zwany zasób psychoenergetyczny, czyli po prostu energię psychologiczną, ‘siłę do zrobienia czegoś’. Codziennie zużywamy ją na przeróżne aspekty naszego życia: pracę, stres, wychowywanie dzieci, noszenie ciąży, kłótnie z mężem, poszukiwanie partnera, sprzeczki w pracy, brak czasu, brak snu, choroby, napięcie przedmiesiączkowe i wiele, wiele innych. Poświęcenie naszych zasobów na cokolwiek jeszcze, to już wyczyn. A poświęcenie ich na wytrzymanie na diecie, na wytrzymanie w napięciu spowodowanym przez ustawiczne myślenie o ciastku, którego mi nie wolno, którego mój organizm jeszcze nie dostał, ale już je prawie trawi, to nie lada wyczyn. Kończą się zatem zaplanowane na dietę 2 tygodnie, 10 dni, 3 tygodnie, 7 dni i bum! – im sprężyna Twojego wewnętrznego konfliktu była bardziej napięta, tym bum! jest większe, tym bardziej rzucisz się wręcz na jedzenie. Znasz to z własnych doświadczeń?
Myślisz pewnie: ‘Czy to znaczy, że mam sobie nie mówić ‘NIE’ i pozwalać na wszystko? Przecież wtedy utyję!’ A gdyby tak spróbować mówić sobie, że mogę wszystko, że mam wybór, ale że świadomie wybieram więcej owoców, więcej warzyw. A kiedy najdzie mnie ochota na słodkie/ słone / tłuste, to nie będę musieć sobie zakazywać. Spróbuj. Zobaczysz, że efekty będą zaskakujące. :-)
Po weekendzie obiecuję napisać o jo-jo fizycznym. Jo-jo. Ojojoj!

* – bo ci, co się nie chcą odchudzać, zgodnie z sugestią z poprzedniego posta, oglądają już inne interesujące www :-)

2 komentarze:

  1. Działają, działają.
    I nawet się nie trzeba tym jakoś stresować.
    Wystarczy mieć dobrą motywację :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeżeli takie jedzenie, jakie proponuje dieta nie stanie się moim normalnym jedzeniem, to będzie jo-jo. Przynajmniej dla większości osób :-)

    OdpowiedzUsuń